Sześć dni, dwie strony barierek. Tour de France to największy wyścig kolarski świata - ponad sto lat historii i kilkanaście milionów kibiców na trasie każdego lipca. Najpierw staliśmy w tym tłumie i czekaliśmy na peleton. Potem wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy tymi samymi przełęczami sami.
Dzień 1 i 2 - Alpe d'Huez z dwóch stron barierek
Rano w hotelu spotkaliśmy część ekipy Visma-Lease a Bike. Po śniadaniu ruszyliśmy pod Alpe d'Huez. Naszą serpentynę wybraliśmy w okolicach 3/5 podjazdu. To stamtąd wzięły się potem najciekawsze zdjęcia z tego etapu w social mediach grupy. Tour de France? 4 godziny stania, 5 minut kibicowania, 100% atmosfery.



Najpierw przejechała kolumna reklamowa, kolorowa i głośna. Potem czołówka wyścigu. Na końcu kolarze, którzy na tym odcinku mieli już czas, żeby pobawić się z tłumem. Tego dnia w żółtej koszulce wygrał Pogačar, odrabiając ponad trzy minuty straty i bijąc trzydziestoletni rekord Pantaniego na tym podjeździe.
Dzień później kibicowaliśmy na samym szczycie. Dojechaliśmy tam rowerami, a tłum za barierkami kibicował nam dokładnie tak, jak kolarzom. Na górze coś do jedzenia i drugie kibicowanie, tym razem Carapaz wygrał po upadku Kussa na zjeździe, a Pogačar bronił żółtej koszulki. Co nas uderzyło najbardziej - skala organizacji tego wydarzenia. Coś na miarę pielgrzymki papieskiej albo koncertu megagwiazdy.
Dzień 3 - Col de la Croix de Fer
Długi, nierówny podjazd, 27,5 km ze średnią 6,7 procent. Na szczycie za to widok, który wynagradza wszystko, a tam już czekał Boneshakerbus i nasz kultowy piknik. Nic tak nie wchodzi po takim podjeździe jak zimna cola, coś słodkiego i bułka z szynką. Wieczorem pojechaliśmy do pobliskiego miasteczka na lokalną pizzę, zjedzoną na schodkach głównego placu, z finałem TdF w tle.


Dzień 4 - Télégraphe i Galibier
Na Télégraphe Szymon ścigał się z Mateuszem, bardziej dla frajdy niż wyniku. Zjazd, uzupełnianie bidonów i od razu pod Col du Galibier. Te widoki...



Dzień 5 - Col de l'Iseran w klapkach
Najwyższa przejezdna przełęcz w Europie, wjechana w klapkach. Szymon, stały uczestnik naszych wyjazdów, zapomniał spakować butów do busa, którym dojeżdżaliśmy w okolice podjazdu. Szybka decyzja - próbuje w klapkach. Wjechał, tylko odrobinę wolniej od reszty ekipy. Widoki na lodowiec i tak zwaliły wszystkich z nóg.


Dzień 6 - Chaussy, Madeleine i wyścigi
Idealny podjazd na zakończenie wyjazdu. Zaczęliśmy od Col du Chaussy i jego 18 serpentyn na 3 kilometrach, żeby nie było za lekko. Potem główny podjazd na Madeleine, pełne słońce, na szczycie - widok na Mount Blanc. Wieczorem toast na zakończenie i szybka decyzja - z bike roomu wyciągnęliśmy wózek na kółkach i zorganizowaliśmy wyścigi dookoła hotelu. Podobno tym samym wózkiem rok wcześniej, przed Critérium du Dauphiné, ścigał się Pogačar. Cztery koła, jeden hotelowy parking, dwie legendy - jedna prawdziwa, jedna z lekką nutą niepewności.




































